|
KIM JESTEŚMY „Glissando” jest popularyzatorskim pismem poświęconym wszystkim ambitnym zjawiskom muzyki współczesnej i związanym z nią dziedzinom sztuki (np. malarstwo, architektura, literatura) oraz wiedzy (np. psychologia, matematyka, socjologia). Wierzymy, że przybliżanie ludziom nowej muzyki – bez uciekania w żargonową terminologię, ani w emocjonalny infantylizm broszur koncertowych – może zarówno wykształcić nową wrażliwość estetyczną i udoskonalić nasze rozumienie świata, jak i poprawić warunki bytowania samej tej sztuki, od dziesiątek lat egzystującej na marginesie kultury. Naszą ofertę adresujemy do otwartych odbiorców kultury, do tych wszystkich, którzy szukają czegoś więcej niż sączącej się z komercyjnych rozgłośni papki lub akademickiej gatunkowej czystości czy konserwatyzmu znanych języków i technik – miłośników nowości, oryginalności, przełamywania granic, współtworzenia wartości.Jako niezależnie finansowane i niezwiązane z żadnym ośrodkiem akademickim czy innym środowiskiem towarzyskim, „Glissando” jest forum bezkompromisowej krytyki wolnej od jakichkolwiek nacisków i układów. Redagowane przez młodych ludzi dla młodych, zrzesza najlepiej piszących melomanów (w znaczeniu słownikowym: ludzi kochających muzykę), co powinno wreszcie odświeżyć stęchłą lub/i hermetyczną atmosferę polskiej publicystyki muzycznej, przybliżyć ją Czytelnikowi i podać w atrakcyjnej formie. Naszym celem jest wyjście z getta muzykologii i krytyki muzycznej; zbliżenie muzyki współczesnej do innych sztuk oraz do życia: nie stronimy od tematów interdyscyplinarnych i zanurzonych w codzienne doświadczenie. Zajmujemy na równi wątkami awangardy z lat 50., jak i ideologią remiksu i scratchu; serializmem, sonoryzmem i spektralizmem, jak i industrialem, noise’m i free jazzem; najnowszą kompozycją Mykietyna, jak i premierowym albumem Bunia; muzycznym pejzażem miasta, jak i sterylną produkcją studiów elektroakustycznych. Muzyka nie ma granic i nie ma gatunków; wszędzie można znaleźć coś ciekawego. Trzeba tylko szukać. My chcemy szukać.Pismo jest punktem wyjścia do dyskusji, z których część dzieje się już na jego stronach; nie ma tu autorytarnych sądów, jedynego słusznego punktu widzenia – każdy większy temat jest prezentowany z wielu stron, oglądany przez wielu autorów, pod wieloma wzglądami; polifonicznie i dialektycznie, co znajduje odzwierciedlenie także w oryginalnym układzie graficznym. W większości numerów odbywa się duża redakcyjna dyskusja, rozmawiamy również z Czytelnikami przy użyciu naszej strony internetowej. W każdym numerze (około 140 stron A4) są dwa tematy wiodące; oprócz tego prezentujemy: trzy, cztery sylwetki kluczowe dla muzycznego „teraz” oraz jedno/dwa arcydzieła (kompozycja, płyta), które zmieniły nasze myślenie o muzyce (tu miejsce na analizę i wszechstronną interpretację), chcąc w ten sposób stworzyć podwaliny nowego przewodnika koncertowego. Idąc na przekór obecnej wszędzie tendencji do skracania tekstów, nadmiaru zapowiedzi i recenzji – postanowiliśmy zrezygnować w ogóle z klasycznych opisów płyt na rzecz dokładniejszego i głębszego omówienia oficyn na pograniczach muzyk. Z powodu zamierzonej sporej długości cyklu wydawniczego (okołokwartalny), ograniczamy się do niezbędnego minimum informacji o nadchodzących koncertach i wydarzeniach muzycznych, większość z nich umieszczając na stronie internetowej.Magazyn „Glissando” istnieje obecnie od ponad czterech lat i ma na koncie 14 wydanych numerów, w których pojawiło się ok. 350 artykułów na ponad 1500 stronach. Przez ten czas, oprócz 4 osób na stałe związanych z projektem, współpracowaliśmy z blisko 150 autorami, tłumaczami, grafikami i korektorami, i to ze wszystkimi w ramach pracy wolontariackiej. Podczas owych lat dał się zauważyć – potwierdzany przez niezależnych obserwatorów – ciągły proces rozwoju, obecny choćby w: stałym przepływie autorów i twórców; poszerzaniu sieci dystrybucji, zwiększaniu nakładu i ilości prenumeratorów, ulepszaniu składu i grafiki; wzrastającej ilości tekstów i stron, jak i poziomie redakcji i korekty; założeniu i aktualizowaniu własnej strony internetowej; integracji tematycznej treści i poszerzaniu opracowywanych obszarów muzyki. W planach mamy tematy na blisko cztery lata działalności kwartalnika, nie wspominając o projektach pobocznych (konkurs kompozytorski, płyty CD z muzyką młodych polskich twórców, animacja koncertowa i środowiskowa), na których nie możemy się w pełni skoncentrować w warunkach permanentnej niepewności co do finansowania najbliższego numeru. Pismo takie jak nasze nie ma szans przetrwać w warunkach rywalizacji rynkowej, jeśli nie pójdzie na daleko idące kompromisy co do treści i formy. Instytucjonalnym wsparciem cieszą się od lat nasze odpowiedniki za granicą – takiej jak „Contemporary Music Review” w USA, „HIS Voice” w Czechach i „Tribuna Sowriemiennoj Muziki” w Rosji.W latach 2009-10 chcielibyśmy zająć się następującymi tematami: współczesna muzyka Włoch (komponowana i imprezowana, akademicka i niezależna; przy możliwym wsparciu Instytutu Włoskiego); muzyka zaangażowana (społecznie, politycznie, etycznie, religijnie; ); mikrotonowość (interwały mniejsze od tradycyjnych, alternatywne systemy strojenia, skale, instrumenty, percepcja); byłe CK: Galicja, Czechy, Węgry (status Europy Środkowej w muzyce nowej, czy jeszcze nas coś łączy; wydanie anglojęzyczne przy możliwym wsparciu Funduszu Wyszechradzkiego). Do tego kontynuacja tradycyjnych cyklów: teksty źródłowe (tłumaczenie najważniejszych manifestów i esejów obcojęzycznych), wodzenie za ucho (arcydzieła muzyki współczesnej); małe jest piękne (niezależne oficyny płytowe); wywiady i sylwetki polskich twórców; muzyka i... architektura, informatyka, polityka; relacje z najważniejszych wydarzeń muzycznych w Polsce i Europie. Kwartalnik „Glissando” w wersji papierowej jest sprzedawany w salonikach Empik i za pośrednictwem strony internetowej www.serpent.pl oraz w prenumeracie krajowej i zagranicznej. Część artykułów będzie dostępna na stronach internetowych: własnej (www.glissando.pl) i zaprzyjaźnionych (www.emd.pl/wiki, www.diapazon.pl, http://free.art.pl/nowamuzyka). Na naszej stronie notujemy ponad 60.000 odwiedzin miesięcznie. Nakład wynosi 1500 egzemplarzy, a z 1000 sprzedawanych w Empiku egzemplarzy ostatniego numeru zeszło 899. W redakcji na stałe pracują 3 osoby, a współpracuje około 150 autorów. Są wśród nich znani muzycy (Marek Chołoniewski, Wojtek Kucharczyk, Antoni Łazarkiewicz, Kamil Antosiewicz), muzykolodzy (Iwona Lindstedt, Ewa Schreiber, Sławomir Wieczorek) oraz krytycy (Krzysztof Kwiatkowski, Grzegorz Filip, Michał Mendyk, Jacek Skolimowski, Daniel Cichy, Rafał Księżyk, Monika Pasiecznik, Ewa Szczecińska) związani z najważniejszymi mediami kulturalnymi w Polsce („Tygodnik Powszechny”, „Odra”, „Dziennik”, „Ruch Muzyczny”, „Playboy”, portale „Nowa Muzyka” i „Diapazon”, JazzRadio oraz Drugi Program Polskiego Radia, TVP Kultura). Magazyn „Glissando” prowadzi również wymianę tekstów z zagranicznymi pismami o muzyce współczesnej: niemieckimi „MusikTexte” i „neue musikzeitung”, amerykańskim „Contemporary Music Review”, czeskim „HIS Voice”, rosyjskim „Tribuna Sowriemiennoj Muzyki”, szwedzkim „Nutida Musik”.Planowane działania promocyjne wspomagające sprzedaż to m.in.: audycje w stacjach radiowych i telewizyjnych (Drugi Program Polskiego Radia, radio sitka, JazzRadio, TVP Kultura), banery i/lub informacje w czasopismach branżowych i kulturalnych („Ruch Muzyczny”, „Odra”, „Tygodnik Powszechny”, „HiFi i muzyka”); lista newsletterowa wśród naszych subskrybentów i gości; odnośniki i informacje na stronach internetowych (www.serpent.pl, www.diapazon.pl, www.independnt.pl, www.80bmp.net, http://free.art.pl/nowamuzyka); informacje i egzemplarze do lektury w klubach muzycznych (Ucho w Gdańsku, Blue Note w Poznaniu, Alchemia i Re w Krakowie, Obiekt Znaleziony i Plan B w Warszawie, Rura i Firlej we Wrocławiu); patronaty i sprzedaż podczas festiwali muzycznych (Musica Genera w Szczecinie, cykl jaZZ i okolice w Katowicach, In Progress w Gdańsku, Audio ART. i Sacrum Profanum w Krakowie; Warszawska Jesień, Ad Libitum, Turning Sounds w Warszawie, Biennale WRO, Musica Polonica Nova i Musica Electronica Nova we Wrocławiu). |

| REDAKCJA
§ Jan Topolski (Warszawa, redaktor naczelny); ur. 1982, student muzykologii na Uniwersytecie Warszawskim, stypendysta Deutscher Musikrat. Dotychczas publikował w: „Tygodniku Powszechnym”, „Rzeczpospolitej”, „MusikTexte”, „neue musikzeitung", „General Anzeiger", „Muzyka21”, „Jazz&Classics”, „Kluczu”, „Nowej Muzyce”, „Forum Akademickim", „Ruchu Muzycznym”, „Muzyce"; (współ)prowadził audycje w 2 Programie Polskiego Radia, Radiu Jazz, radio_copernicus; obecnie współpracuje z portalem www.polityka.com.pl/kultura, „Kinem" i „Odrą”. § Eliza Orzechowska (Warszawa, promocja i reklama), ur. 1981, studentka muzykologii i kulturoznawstwa na Uniwersytecie Warszawskim, współpracowała z Polskim Centrum Informacji Muzycznej POLMIC, obecnie pracuje w TVP Kultura. |

| Pisali o nas...
Debiutuje właśnie grupa młodych i niesfornych a utalentowanych krytyków. Są juz w radio i w paru czasopismach. Co najważniejsze - założyli własny magazyn "Glissando". (...) Kiedy taka zamiana zdarzyła się u nas po raz ostatni? Chyba przed wojną. Potem zaś długo było tak, że utalentowani młodzi krytycy, owszem, rodzili się, ale nie tworzyli własnej formacji umysłowej, bo albo nie mieli pełnej swobody wypowiedzi, albo działali w pojedynkę. (...) Przeglądam "Glissando" i cieszę się, że jest. Jan Żak, Jesienny pan nad "Glissandem", Ruch Muzyczny, 3 listopada 2004 Od schyłku lat 70. nie było w Polsce tak silnej manifestacji pokoleniowej zmiany warty. Po literaturze, plastyce, filmie, teatrze nadeszła pora na muzykę. Na starcie od owego punktu wyjścia pojawiła się na polskiej scenie muzycznej szeroka ilościowo i intensywna jakościowo młoda generacja. Grupa młodych krytyków, częściowo już obecnych w obiegu refleksji muzycznej, powołała ostatnio do życia pismo "Glissando". Skazane na środowiskową niszowość. Nie sądzę, by była to wada. Czy będzie efemerydą poległą na rynku sponsorów po trzecim czy siódmym zeszycie? Można mieć takie obawy. Nie chciałbym, by tak się stało. Andrzej Chłopecki "Glisssssssando", Gazeta Wyborcza, 30 października /1 listopada 2004 |

| Wywiad z Redaktorem naczelnym
Jan Topolski opowiada o założeniach i ideach pisma w rozmowie z Grzegorzem Filipem z listopada 2004 roku. (...) W Polsce nie było dotąd czasopisma o muzyce współczesnej. Istniejące periodyki muzyczne zajmują się nią marginesowo. Czy to wygodnie być pionierem?
- Ho, ho, nie przesadzajmy. Były onegdaj legendarne i świetne zeszyty z tekstami źródłowymi, analizami i esejami "Res Facta" (choć to faktycznie nie było do końca zwykłe "czasopismo"). Były wydawane przez uczelnie w Krakowie "Vivo" oraz w Katowicach "Dysonanse", pismo prawdziwie ciekawe i inspirujące, kierowane przez Iwonę Szafrańską. Połączyły one Andrzeja Chłopeckiego, Krzysztofa Szwajgiera, Leszka Polonego, Rafała Augustyna, a nawet w charakterze pisarza niejakiego Pawła Szymańskiego (sic!), czyli autorów urodzonych około 1950 roku, choć pismo debiutowało, gdy oni mieli lat 40. Później krótko, ale jednak istniała "Fuga", poświęcona w większości muzyce współczesnej... Dla wszystkich kresem działalności był 3. lub 7. numer - tak więc najbardziej boję się właśnie tego momentu po trzecim (o siódmym nie myślę...). To niemal jak ten istniejący od czasów Beethovena przesąd z IX Symfonią, który wykończył po kolei Schuberta, Brucknera, Dvořaka i Mahlera. Sprytnie ominął problem Szostakowicz, wbrew powszechnym oczekiwaniom komponując IX Symfonię krótką, leciutką i żartobliwą, natomiast tajemnicą poliszynela, jest to, że Penderecki liczy sobie lata, by we właściwym momencie popełnić swoje opus magnum do radości... Tak więc może i my wykonamy jakiś manewr, by uniknąć fatum... Czy wygodnie być pionierem? A jak myślisz? Oczywiście, cholernie niewygodnie! Beznadziejne rozmowy z potencjalnymi (niestety, nie aktualizowanymi) sponsorami, proszenie wszystkich o darmowe usługi i pomoc, nasze problemy jako amatorów na każdym kroku: numer ISSN, dystrybucja, kod paskowy, marże, promocja itp. I gdzieś tylko na dnie takie malutkie poczucie dumy, że coś robimy, jakby na przekór wszystkiemu wokół. Bo przecież można by siąść i zacząć narzekać. Być takimi zrzędliwymi krytykami, co to na wszystko sarkają... Jest jednak taki moment, gdy pierwsi Czytelnicy coś mówią, jakoś reagują - to naprawdę piękny moment i warto dlań wiele poświęcić.
- Chodziło mi o lata ostatnie. "Dysonanse" czy "Fuga" to historia. Wracajmy do XXI wieku. Spodziewałbym się, że pierwszy numer spróbuje zakreślić jakiś kanon współczesności, pokazać bardzo ważne nazwiska i nurty. A tu nie! Owszem, prezentowany obszernie spektralizm to prąd potężny, ale poza tym raczej same marginesy...
- Kanon, (od)wieczne wartości, stałe i niezmienne punkty odniesienia, kościelne hierarchie - nie, nie, to nas całkowicie nie interesuje! My chcemy szukać. Jeżeli znajdujemy nazwiska wielkie, arcydzieła czy arcyzjawiska - to spróbujemy tak je ukazać, by same się broniły, swoją mocą estetyczną. Kanon niech ustalają historycy na uniwersytetach, tacy, jak jeden z moich profesorów, ekspert od muzyki współczesnej - którego zresztą niezwykle cenię i poważam - nie uczestniczący w Warszawskiej Jesieni od lat trzydziestu, gdyż nie interesują go nowe prądy nieznanej jeszcze wagi i wartości, tak że zatrzymał się w słuchaniu na roku 1975... Kanonu nie można ustalać na bieżąco i bez dystansu czasowego, a z tych priorytetów, wyznaczających nasze działania nie chcemy rezygnować. Zresztą nie chcę tu wyjść na jakiegoś fundamentalistę: stałym elementem pisma będzie także swego rodzaju przewodnik koncertowy po muzyce nowej, gdzie zaprezentujemy klasyczne już, bądź co bądź, dzieła: Inori Stockhausena, Mouvement... Lachenmanna, Laborinthus II Beria, ale i Territory Band Vol I-III Vandermarka czy Black Album Johna Zorna. Będą również teksty źródłowe "klasyków": Lachemnanna, Stockhausena, może Ferneyhougha, Nono. Przewrotnie cieszy mnie, że odebrałeś tematy numeru pierwszego jako marginesy. Właśnie na marginesach warto przede wszystkim szukać, jak napisałem w projekcie: w garażach i podziemiach, a nie w wielkich wytwórniach i ministerstwach. Mam nadzieję, że uda nam się tę rewolucyjną (he, he) czujność długo zachować...
- Podoba mi się sposób popularyzacji muzyki, jaki uprawiasz w artykule o spektralizmie. Tekst jest dowcipny, napisany w formie instrukcji, autor ani na chwilę nie traci ze swego horyzontu czytelnika. Ale mimo to artykuł jest trudny, podobnie jak inne w tym bloku - Michała Mendyka i Krzysztofa Kwiatkowskiego. Czytelnik bez wykształcenia muzycznego bardzo wielu rzeczy nie zrozumie. Nie obawiasz się zbytniego hermetyzmu?
- No cóż, boję się oczywiście, niemal jak ciemności - a może i bardziej... Robiliśmy z Michałem naprawdę wszystko, by artykuły te były zrozumiałe dla przysłowiowego taksówkarza. Są oczywiście przykłady nutowe, ale nie są one niezbędne do zrozumienia tekstu; są diagramy, ale przystępnie wyjaśnione. Niestety, są takie tematy, że bez pewnego zaplecza naukowo-muzycznego nie sposób ich wyjaśnić - i spektralizm do nich należy. A co do eseju Krzysztofa, to adresujemy go (i następne z tej serii) do Czytelników już nieco bardziej wyrobionych i posiadających pewne podstawy wiedzy. Długo myśleliśmy, na jakiej zasadzie zawierać takie teksty - trudniejsze i poważniejsze; na razie w wydzielonym dziale "nowy przewodnik koncertowy". Przypomina mi się magazyn "Kino", który przez lata zawierał obok numeru głównego czarno-biały dodatek "Reżyser" dla specjalistów, gdzie mowa było o sprawach warsztatowych, technicznych i środowiskowych. Tak więc chyba możliwe jest pogodzenie niełatwych treści z popularyzatorskimi ideałami - na właśnie takie dwa sposoby. Cały czas zresztą o tym myślimy, staramy się, aby teksty o zagadnieniach z obu "światów" były łatwe, przystępne i zrozumiałe dla miłośników i znawców z obu rejonów.
- W tym numerze jest bardzo wiele autotematyzmu, pismo zajmuje się samym sobą. Te ramki, w których redakcja tłumaczy swoje zamierzenia, wykłada związki między tekstami, przedstawia plany. Czy to konieczny na początek element autoprezentacji, czy tak już zostanie?
- Nie, raczej nie. Masz rację, że to był moment autoprezentacji, jakiegoś przedstawienia się i swoich poglądów, ale to powinno zniknąć. Przecież doceniamy Czytelników. Zdradzę jeszcze (na marginesie...), że powód takich autokomentarzy był także natury czysto praktycznej: zazwyczaj umieszcza się je w artykułach wstępnych, ale że te potraktowaliśmy z Michałem ideowo, zabrakło po prostu miejsca...
- Niewiele miejsca "Glissando" poświęca płytom, choć przecież głównie dzięki nim poznajemy w naszym prowincjonalnym kraju muzykę najnowszą...
- Hmmm, fakt nie do zaprzeczenia. Mamy na to jednak parę argumentów. Po pierwsze, magazynów zamieszczających recenzje płytowe jest diabli wiedzą ile i jeszcze więcej. Recenzje są wszędzie, od "Twojego Stylu" do "Playboya". Oczywiście, może i nie są to recenzje muzyki współczesnej (a nawet raczej na pewno nie są), ale i te można także bardzo łatwo znaleźć na licznych stronach internetowych. Po angielsku, francusku, niemiecku, jak kto woli. Kolorowe okładki, kawałki do posłuchania... Jak można z tym Niezmierzonym Bogactwem Internetu konkurować? No i "Nowa Muzyka" przecież także musi jakoś istnieć! Po drugie, pojawiają się problemy natury technicznej. Przy naszym okołokwartalnym, nieregularnym trybie wydawniczym mogłyby się recenzje szybko dezaktualizować. Z natury rzeczy są one zresztą czymś stosunkowo ulotnym, związanym czasem, choć płyty niby trwałe itp. Któż z nas czyta teraz recenzje płytowe z "Ruchu Muzycznego" z początku lat 90. czy ze "Studia"? Chcemy - i chyba nie jest to wyraz tylko próżności i pychy - by teksty publikowane w "Glissandzie" były i po 10 latach jakimś punktem odniesienia. Po trzecie, mielibyśmy problem finansowy, gdyż nie powinniśmy się ograniczać do zbiorów własnych autorów, na kupowanie im albumów nas nie stać, zaś dystrybutorzy (jeśli są w ogóle w Polsce obecni), dają ostatnio płyty bardzo niechętnie, zwłaszcza wydawnictwom tak niszowym. Po czwarte i najważniejsze, recenzje są dla mnie klasycznym przykładem na wszechogarniającą tendencję do skracania tekstów, na wymuszoną presją cywilizacji obrazkowej lapidarność komunikatów, która często (choć nie zawsze) powoduje także ich płytkość, bezrefleksyjność, tanią efektowność. Poczytaj wszechobecne produkcje Jacka Hawryluka... Niedługo recenzje będą miały standardową długość SMS-a i będą się kończyły nieodzownymi gwiazdkami/kółeczkami/strzałkami czy innymi tam obrazeczkami, abyśmy na wszelki wypadek nawet tych 150 znaków nie musieli czytać, ale od razu wiedzieli, czy tak, czy nie. My liczymy (i mam nadzieję, że się nie przeliczymy) na czytelników inteligentnych, którzy znajdą na lekturę czas wyłączny, będą potrafili się skupić tylko na tekście (a jego długość wynosi u nas przeciętnie 3 strony wobec 1/4-1/3 strony zwykłej recenzji). Czytelników, którzy poświęcą swoją uwagę i myśli na dłużej niż jazda cztery przystanki tramwajem, spacer z psem czy przerwa na reklamę w telewizji. Chyba jeszcze tacy są?
- Na brak tekstów nie narzekasz? Jest ich na tyle dużo, że można było ułożyć spore bloki tematyczne, zmonografizować numery. Jak znalazłeś tylu autorów?
- To chyba najprzyjemniejszy aspekt tej naszej "pracy" - kształtowanie numeru, zamawianie tekstów i ich otrzymywanie, redagowanie itp. Chyba rzeczywiście zdarzył się cud, że na apel nieznanych szerzej osób, poparty niszowym projektem, niehonorowany żadnymi wynagrodzeniami odpowiedziało tylu cudownych ludzi. Coś musiało wisieć w powietrzu! Zresztą Wasza strona była jednym z pierwszych i najpoważniejszych na to dowodów. Jak ich znalazłem? To dla mnie do dziś tajemnica. Może po prostu ludzie chcieli się podzielić swoją pasją, dotąd skrywaną wstydliwie przed "normalnymi słuchaczami" bądź kanalizowaną w mniej lub bardziej sformatowanych i ukierunkowanych pismach. To naprawdę cudowni i mili ludzie. Niestety, niektórych nie znamy jeszcze w "realu", komunikując się tylko mailowo. Ale wielu udało się razem spotkać na tegorocznej Warszawskiej Jesieni, także na wspaniałej imprezie u naszej Agaty. Wiem, że niektórym rodzą się dzieci, inni wyjechali na weekend na ryby, jeszcze inni prowadzą seminaria filozoficzne w gronie przyjaciół, innym z kolei rozwalają się okulary i ciężko chorują... Te nowe znajomości to także jeden z najważniejszych, choć niejako mimochodem osiągniętych celów pisma - właśnie ta mała narracja. Mam nadzieję, że w listopadzie, po założeniu pełnej wersji naszej strony internetowej, ściśle współpracującej z waszą, ten krąg się jeszcze poszerzy i pogłębi. Tekstów jest faktycznie wiele, do numeru 2. wychodzi nam co najmniej 120 stron. Trzeba będzie selekcjonować (choć ponoć dla redaktora to największe szczęście).
(...)
- Eksperymentujecie z formą czasopisma, ale czy to musi być tak, że numer dwa razy się zaczyna i nigdzie nie kończy? Odbiera się w ten sposób czytelnikowi możliwość kartkowania od tyłu. To naprawdę nieprzyjemne!
- No cóż, obiecujemy poprawę! Stało się tak, gdyż prawdę mówiąc w pierwszym numerze nie udało się nam dokonać płynnego połączenia zjawisk i postaci z dwóch światów: muzyki mniej lub bardziej poważnej i mniej lub bardziej rozrywkowej. Tak więc te dwa światy były trochę obok siebie, w pewnym odwróceniu. Ale od numeru drugiego, a zwłaszcza w czwartym takie płynne, glissandowe właśnie przejście powinno się lepiej udać i wtedy w podobnie obrzydliwe i uniemożliwiające kartkowanie od tyłu (fuj!) tricki nie będziemy się bawić... A tak na serio, to chcemy prowadzić z Czytelnikiem taką grę, żeby nie wszystko było konwencjonalne i banalnie znajome, ale żeby jakąś formę odwrócić na lewą stronę, coś postawić na głowie. Żeby już sam akt czytania nie był taki oczywisty. Jak zauważyłeś zapewne, same teksty także bywają nietradycyjnie złożone. Czytanie nie może być za łatwe... I jeszcze coś w tym, co mówisz, jest pięknego i ważnego, choć raczej przez nas niezaplanowanego. Otóż to, że numer się nie kończy. No właśnie, on faktycznie nie powinien się kończyć, ale trwać - gdzieś w umysłach tych, którzy przeczytali. To oczywiście taka moja mała prywatna utopia...
Rozmawiał Grzegorz Filip Pełna wersja wywiadu znajduje się na stronie Nowej Muzyki
|
|
|